piątek, 15 lutego 2013


Rozdział 17 "Jak kochać to na zawsze"


Miłość czym ona jest? Cierpię przez nią. Nie mogę zapomnieć jak mnie zranił. Czemu to zrobił? Kochał mnie...a teraz? Czy  ja się dla niego w ogóle liczę? Nie chcę już żyć..teraz po tym wszystkim co on zrobił...co ja zrobiłam wobec niego. Czy istnieje coś gorszego niż zdrada? Ja tego pierwsza dokonałam. Wiedziałam że będzie chciał się odegrać, ale teraz? Może lepiej wcześniej niż później... . Samobójstwo jest dobrą rzeczą, jeżeli pozostaje ci tylko to...to co masz do wyboru? Nikt nie czeka na ciebie w domu...nikt nie kocha...za dużo tego...tych problemów. Jestem oschła...wredna, czuję to w sobie ale nikt nie chce mi powiedzieć prawdy. Czemu? Nie chcą mnie krzywdzić czy jak? Robią mi krzywdę nie mówiąc tego czego o mnie sądzą. Mam dość...wyczerpałam się tak szybko. Mówiłam sobie, że dam radę, że będzie inaczej. Jednak jest tak jak zawsze. Wyczerpałam się szybko i to bardzo szybko. Mam dwadzieścia lat a już chcę umrzeć, nie chcę abym była na tym popapranym świecie. Ostatni list...napisany. Zostało mi tylko pożegnać się z Patrycją... . 

Kwiecień...moje urodziny 21 pierwsze urodziny. 20 kwietnia...jak ten czas szybko leci. Rok temu byłam na odwyku, teraz umieram. Ach...ten mój świat. Zadzwoniłam do Patrycji, chciałam się z nią spotkać. Po raz ostatni, ona jeszcze o tym nie wiedziała. Poszłyśmy do kafejki "Inna niż myślisz" - tam gdzie zaprosił mnie po raz pierwszy na randkę Artur, "symboliczne miejsce" pomyślałam. Czekałam na Patrycje. Była dwunasta po południu. Ja chciałam to zrobić wieczorem. 
Widziałam jak idzie...była ubrana jakoś inaczej niż zwykle. Zmieniła się na dobre. Nie była już ubrana jak dziwka. Tylko jak normalna dziewczyna, przed którą jest normalne życie... . Od razu zobaczyła, że coś jest nie tak. Znała mnie. Weszłyśmy do kafejki. Usiadłyśmy koło okna. Tam gdzie siedziałam z Arturem, gdy uciekłam z domu... . Tyle miejsc mi  go przypominało...całe miasto. Jak miałam wytrzymać, gdy każda uliczka, ławka mi go przypominała. Zabierał mnie wszędzie... . 
Zamówiłyśmy kawę...mój ostatni posiłek w moim życiu. Byłam pełna obaw ale musiałam zacząć : 
- Patrycja wiesz dlaczego się spotkałam z tobą? - nie chciałam powiedzieć jej prawdy
- Magda co się stało? Czemu jesteś taka zmartwiona? - znała mnie, znała mnie i to dobrze. Pęk loków spadł mi na czoło. Zasłoniłam się jedną ręką, czekając aż łzy zaczną spływać po policzku.
- Ja...ja chcę ci coś powiedzieć - zaczęłam płakać. 
- Magduś, nie płacz. Madzia wszystko będzie dobrze, zobaczysz wszystko się zmieni. - nic nie rozumiała. Kompletnie nic
- Ja wyjeżdżam. Na długo...nie wrócę już nigdy...nigdy...naprawdę już nigdy nie wrócę. Dlatego chciałam się z tobą spotkać - powiedziałam z łamiącym się głosem
- Gdzie wyjeżdżasz? Mogę cię chociaż odprowadzić? Po co, czemu nie chcesz tu zostać? - pytała, cały czas pytała.
- Daleko, naprawdę daleko... nie możesz mnie odprowadzić, nie chcę abyś to zrobiła ja to muszę sama załatwić. Nie mogę tu wytrzymać tyle miejsc mi go przypomina. Za dużo wspomnień...za dużo. - mówiłam, ale czy naprawdę tego właśnie chciałam?
-Rozumiem - zrozumiała...wie co chce zrobić...
- Tylko nie mów nic Arturowi...nie chcę aby cierpiał przeze mnie. - powiedziałam
- Dobrze ale ... - przerwałam jej 
- Nie ma żadnego ale. Nie możesz mu powiedzieć, rozumiesz?! - zapytałam podwyższonym tonem 
- Tak 
Dopiłyśmy kawę i wyszłyśmy. Patrycja poszła w swoją stronę ja w swoją. Po drodze kupiłam żyletki. Plątałam się kilka godzin po mieście, szukając tego co niemożliwe - miłości. Szukałam go po całym mieście. Nie znalazłam. Odwiedzałam wszystkie miejsca, gdzie razem chodziliśmy na spacery, do kina, na kawę. Nic , nie było go. Nie chcę się dalej męczyć, naprawdę. Mam dość tej całej gonitwy za czymś co niemożliwe. 
Jest już 23.00. Stoję koło Samotnego Drzewa. Czekam aby zdarzył się cud. Aby Artur przyszedł i uratował mnie od tego przekleństwa...nikogo nie ma. Ja nie chcę mu przeszkadzać w nowym życiu, gdzie nie ma miejsca na mnie. Ma nową dziewczynę. Niech tak zostanie... . 
Napisałam ostatni sms do niego.: 
" Kochałam cię...kocham cię i będę kochać na wieki. Nie  chcę ci już przeszkadzać w nowym życiu. Żegnaj, już nigdy mnie nie zostawisz. Obiecuję... . " 
Wysłałam...  .Wyjęłam żyletki, przeżegnałam się. Stałam koło Samotnego Drzewa w parku... . Usiadłam..położyłam się na mokrej trawie. Oparłam się o drzewo. Było ciemno, nic nie widziałam nic. Ale na żyły u ręki wiedziałam jak trafić. Uczyłam się tego tyle lat, gdy byłam narkomanką. Wyjęłam jedną żyletkę. Skaleczyłam sobie palec...kilka kropli soczystej krwi spadło na moje spodnie. Nie bałam się umrzeć. Chciałam tego... . Przyłożyłam żyletkę do nadgarstka zaczęłam ciąć po linii prostej...poczułam pieczenie. Nie bolało tak jak sądziłam. Ulżyło mi, wiedziałam, że już nikogo nie skrzywdzę... zaczęłam ciąć drugą. Było wspaniale. Zaczęłam płakać...czy to ze szczęścia? Nie wiem. Wiem jedno śmierć siedziała już przy mnie, czułam jej bezwzględny dotyk..oddech. Wykrwawiałam się. Czułam jak życie ze mnie ucieka. Krew wylewała się ze mnie. Czułam się wolna. Moja dusza nareszcie zaznała spokoju, którego tak oczekiwała od dawna. Nagle poczułam, że tracę przytomność. Ktoś krzyknął..rozpoznałam ten głos...Artur. Przyszedł..wiedział...on wiedział o wszystkim. Jak miło było usłyszeć ostatni raz jego głos...  . Poczułam że podbiegł do mnie i przytulił. Krzyczał. Ściskał za nadgarstki abym się nie wykrwawiła na śmierć. " Nie Artur gra już skończona, nic mnie już tu nie trzyma" Straciłam przytomność. Ostatnie co poczułam w tamtej chwili to smak jego ust...znowu były ciepłe i pełne troski jak wcześniej.... . 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Statystyka

Moi narkomanie :)