Rozdział 22 " Życie lub śmierć"
Nie mogę się skupić, nie mogę oddychać, nie mogę żyć, ja już nic nie mogę robić bez ciebie. Spytasz się czemu, ja odpowiem, że za bardzo mi na tobie zależy abym mogła z tobą być. Czemu nie mogę racjonalnie myśleć. Normalny człowiek, gdy kogoś kocha to z nim jest, a ja? Nie mogę odpowiedzieć nawet na to proste pytanie. Za bardzo boli mnie moja dusza abym mogła znowu wstać i iść... .
Dzwoniłam, wysyłałam sms- y, nic to nie daje. Nie ma cię już od miesiąca, ja już wychodzę ze szpitala. Nie ma cię przy mnie. Co się z tobą dzieje?!
Jest słoneczny dzień, maj. Ten miesiąc ma coś takiego w sobie, że nie da się tego opisać. Zakochane pary, słońce, które nie da o sobie zapomnieć. Samotność tak strasznie dobija człowieka, najpierw wszystkich odzyskałam a teraz ich straciłam. Gdzie ja pójdę? Nawet o tym nie myślałam. Nie mam, gdzie spać. Grzesiek? Nie, nie po tym co zrobił, Artur? Też nie, on mnie za to znienawidził. Muszę iść do Patrycji, tylko ona może mi pomóc.
Przechadzałam się uliczkami mojego rodzinnego miasta w ten słoneczny dzień, gdy nagle spostrzegłam dobrze znaną mi osobę. Zamarłam, przecież On nie żyje, jak to możliwe? Patrycja mówiła, że się zabił, popełnił samobójstwo, które jemu się udało a mi niestety nie. Co teraz? Co mam zrobić, gdy mnie zobaczy? No nic, muszę iść dalej.
Miałam nadzieje, że mnie nie zobaczy, naprawdę chciałam aby mnie nie ujrzał, jednak, gdy już miałam spokojnie przejść koło niego, złapał mnie za rękę. Przestraszyłam się, nigdy nie lubiłam chodzić koło tego zaułku. Teraz zostało mi tylko jedno, krzyczeć. Jednak zobaczyłam coś w nim innego. To nie był już ten sam Robert. To nie ten sam człowiek, który był przedtem. Szczerze mówiąc był ubrany jak zawsze, jednak, gdy dobrze spojrzeć mu w oczy zauważyłoby się ślepotę. Był niewidomy. Odetchnęłam. Nie mógł mnie zobaczyć. Poprosił o parę złotych, nawet mnie nie rozpoznał, pieniądze za pewnie były mu potrzebne na kolejną działkę, lecz mnie to już nie obchodziło. Ja miałam swoje problemy, musiałam je rozwiązać.
Kilka minut później byłam, już przed blokiem w którym mieszkała Patrycja. Zadzwoniłam domofonem, odebrała. Gdy szłam na górę czułam się co najmniej dziwnie, ten blok nie pasował do Patrycji. Weszłam do środka, drzwi były otwarte. Teraz wiedziałam dlaczego moja przyjaciółka tak się zmieniła. Wystrój był co najmniej luksusowy. Wyposażenie domu jakie tylko kto chce. Weszłam do salonu, był wymalowany na beżowo a kąty na bordowo, wszystko świetnie kontrastowało się z czarnymi nowoczesnymi meblami. Usiadłyśmy na kanapie. Widać było po Patrycji, że jest w ciąży, ona wręcz promieniowała swoją urodą. Zmartwiło mnie jedno, czeka ją aborcja.
Po dłuższej chwili musiałam zacząć rozmowę :
- Jak się czujesz? - zapytałam ze zmartwionym głosem
- A jak się ma czuć kobieta w ciąży? - odpowiedziała - dobrze się czuję wręcz wspaniale, a u ciebie jak? Widzę, że jesteś czymś zaniepokojona.
- Eee.... no tak, racja, jak masz się czuć. A który to już tydzień?
-Magda nie żartuj sobie, nie unikaj tematu, co się stało?
- Mam problem, i to poważny problem ale zarówno i wiadomość. - nie chciałam odpowiadać.
- Jaką wiadomość? Jaki problem? Mów.
- Widziałam... widziałam Go.
- Kogo?! Magda nie żartuj sobie, nie mogę się denerwować. - powiedziała lekko poddenerwowana.
- Widziałam... widziałam Roberta, gdy szłam do ciebie. - chciałam mówić jak najlżejszym tonem
- Co?! Ale jakim cudem? jak to możliwe, on... on nie żyje... . - Patrycja zaczęła płakać.
- Ale nie martw się, on cię nie znajdzie, ponieważ jest niewidomy. - odparłam
- Jak to?! Co mu się stało? - pytała
- Nie wiem, złapał mnie za ręke, gdy przechodziłam koło niego, nie widział mnie, chciał tylko trochę pieniędzy, nic więcej, nie bój się. - wytłumaczyłam
- Ugh... no cóż, zasłużył sobie na to - powiedziała z innym tonem głosu.
- Chyba tak - odpowiedziałam
- Magda ale nie rozumiem co się stało, że przyszłaś. Powiedz co jest nie tak?
- Jakby to powiedzieć... nie mam gdzie się podziać.
- Ale jak to? A Artur ? Co z nim się dzieje, czemu do niego nie poszłaś, przecież jesteście razem. - powiedziała zaskoczona
- Nie... nie jesteśmy... my nie jesteśmy już razem - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Jak to?! Co się stało? Sądziłam... ja myślałam, że jesteście ze sobą... .
- To wszystko prze ze mnie- zaczęłam płakać - to moja wina, ja wszystkich ranie, wszystkich, Patrycja co ja mam zrobić?! Nie mam gdzie się podziać, mój chłopak mnie rzucił... to wszystko przeze mnie. - mówiłam.
- Magda uspokój się!!! Powiedz wszystko od początku, co się wydarzyło, że nie jesteście już razem? - uspokoiłam się trochę
- To wszystko moja wina, chciałam ci pomóc. Zadzwoniłam miesiąc temu do Grześka, aby ci pomógł. Przyszedł do mnie, to wszystko odżyło, tak nie powinno być!!! Nie teraz, gdy kocham Artura. Grzesiek mnie pocałował... a wtedy... do sali... do sali przyszedł... przyszedł Artur. On to widział, co ja mam zrobić?! Dzwoniłam do niego, pisałam, ale on nic. Zachował się jakby już go nie było... .
- Magda po pierwsze się uspokój, po drugie musisz do niego iść, ale jeszcze nie teraz, masz w sobie z dużo emocji, jak chcesz mogę z tobą pójść.
- Ja muszę iść teraz do niego, nie wytrzymam już dłużej bez niego. - odparłam
Kilka minut później byłyśmy już pod blokiem Artura. Zadzwoniłam do niego na komórkę, nie odbierał, dzwoniłam domofonem, to samo. Czekałyśmy aż jakaś starsza pani, która mieszka tutaj wejdzie a wtedy i my wejdziemy za nią. Po pół godzinie stało się tak jak chciałam. Bez problemu weszłyśmy na klatkę schodową. Gdy wychodziłam po schodach z Patrycją czułam jakiś nie pokój, on zawsze we mnie siedział ale teraz się nasilił, bałam się... bałam się, że go nie zobaczę.
Stałam z Patrycją pod drzwiami jego mieszkania. Bałam się je otworzyć... bałam się, że jego tu nie będzie, że zostanę sama. Drzwi były otwarte, wszystko leżało na swoim miejscu, jednak jego nie było. Za nami weszła sąsiadka :
- Przepraszam, co panie tu robią? - zapytałą starsza kobieta.
- My? My jesteśmy... ee... - zaczęłam się jąkać, jednak Patrycja ospowiedziała za mnie
- Ja jestem jego siostrą, a to moja przyjaciółka, przyjechałąm do swojego brata w odwiedziny, jednk jego nie ma jak widze.
- Panie szukają pana Artura, tak?
- Tak
- To nic tu po paniach, pan Artur miał wypadek, biedny człowiek, nie wiadomo czy jeszcze wróci do nas, żywych... eh ... tak to już jest z ta młodzieżą, jak sobie coś ubzdurają to nie przekonasz ich do zmiany zdania.- odpowiedziała staruszka ze smutnym głosem.
- Ale jak to? Jak to się stało? - Patrycja pytała za mnie, ja nie mogłam wymówić ani jednego słowa, chyba musiałam zrobić się blada, bo kobieta popatrzyła się na mnie i powiedziała abym usiadła.
- To było jakiś miesiąc temu, podobno jechał szybko samochodem czy motorem, ja się na tym nie znam. Nie zauważył samochodu znad przeciwka i bum, zderzył się, nie wiem czy biedaczek jeszcze żyje czy nie, podobno był lub jest w ciężkim stanie. Słyszałam od jego kumpli, że go dziewczyna zdradziła i dlatego chciał się zabić, ale czy to prawda to nie wiem. Biedaczek musiał być zrozpaczony.
- A nie wie pani w którym szpitalu leży? - zapytała się Patrycja
- Podobno na Jana Pawła, ale nie wiem czy to prawda, śpieszcie się bo może nie ma już go wśród żywych.
Po tych słowach nie mogłam dojść do siebie, to moja wina... moja wina, ze próbował się zabić, co ja teraz zrobię? W drodze do szpitala pojawiły się w mojej głowie dwie opcje : pierwsza, jeżeli żyje muszę mu to wszystko wytłumaczyć, wszystko po kolei, jak to było, muszę mu powiedzieć, że ja nie chciałam tego pocałunku, że Grzesiek to przyjaciel i nikt więcej, druga opcja: jeżeli Artur rzeczywiście nie żyje, to nie pozostaje mi nic innego jak pozbawić i siebie życia, bo poco mam żyć, jeżeli nie ma przy mnie mojej drugiej połówki?
Droga do szpitala wydawała mi się najdłuższą podróżą mego życia, gdy byłyśmy na miejscu bałam się, nie chciałam usłyszeć, że jego nie ma. To był najgorszy dzień w moim życiu... .

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz