wtorek, 23 kwietnia 2013


Rozdział 25 To już koniec... definitywny koniec. 


To miejsce, tyle tu wspomnień. Znana wszystkim narkomanom ulica... co mam zrobić? Podejść wziąć tak po prostu swoją działkę, zapłacić i iść w swoją drogę? A co jeżeli... jeżeli Grzesiek tego nie zrobił i wezmę, ponieważ mam za dużo problemów, a tak naprawdę cały czas mam ochotę na zakazany owoc? Sny... one cały czas są takie same, cały czas wracają, wraca przeszłość. Ja od tego nigdy się nie uwolnię. Od prostytucji... od narkotyków, od brania. Jak? Jak mam sama sobie powiedzieć co się ze mną dzieje. Każda cząstka mego ciała potrzebuje chociaż odrobiny trucizny, która tak uzależnia.  Każda moja komórka się jej domaga. Wciąż to samo, te same myśli. Czy można przed tym uciec? 
Wychodząc ze szpitala miałam pustkę w głowie, po tylu wiadomościach, po tylu kłótniach ja miałam pustkę w głowie, nie wiedziałam co robić. Nie chciałam iść, moje ciało się poruszało a dusza nie chciała, psychika wiedziała co chcę zrobić, odmawiała, ciało chciało tego, potrzebowało. Każdy krok sprawił ból od odwyku, nigdy się z tego nie wyleczę, nigdy. Moje ciało bez narkotyków jest jak człowiek nie pijący wody na pustyni, długo nie pociągnie. 
Idąc przez ulicę, przypominałam, chciałam sobie przypomnieć najwspanialsze chwile w swym życiu... nic. Cały czas przed oczami miałam obraz Artura konającego w szpitalu... skąd mam pewność, że się wybudzi?
Byłam już blisko... nie wiedziałam co się ze mną dzieje, całe ręce mi się trzęsły z przerażenia. Podeszłam bliżej, niepewnym krokiem. On tam stał, jak gdyby nigdy nic sprzedawał towary nastolatkom. Naiwne mówiły mu, że to ostatni raz, z jego wyrazu twarzy widać było, iż sobie z nich kpi. Co jak co ale nie spodziewałam się, że diler będzie tak młody. Miał mniej więcej dwadzieścia lat. Był ubrany w dżinsowe spodnie i białą koszulkę, włosy schowane pod czapką z daszkiem. Nie należał do wysokich, był mojego wzrostu. Podeszłam, zauważył, że od pewnego czasu mu się przyglądam. : 
- Co nigdy nie widziałaś dilera? - zapytał, jak dla mnie stłumionym głosem. Miałam mętlik w głowie, nie wiedziałam co powiedzieć. Powiedzieć tak? Wtedy pomyśli, że chcę na kredyt, powiedzieć, nie? Wtedy zrobi mi krzywdę. 
- Może i widziałam, po ile towar? - w końcu zdołałam odpowiedzieć. 
- Jak dla ciebie może być za darmo, widzę jak rączki ci się trzęsą moje słoneczko - czy oni wszyscy muszą być takimi chamami? Zawsze muszą dodać "słoneczko" "skarbie". Zbliżyłam się do niego, dzieliły nas tylko centymetry, przyznaję nie była to bezpieczna odległość ale musiałam zachowywać się normalnie, jak na "ćpunkę"
- Ile? - nie dosłyszał, bawił się moimi rozpuszczonymi włosami, zapytałam się więc jeszcze raz - Ile za dwie działki? - powstrzymałam na kilka sekund oddech, był zdecydowanie za blisko, dotknął mojej szyi swoimi szorstkimi palcami, gładząc po niej. Czułam się dziwnie. Musiałam poddać się jego woli, flirtowałam z nim. Dotknęłam dłonią jego policzka, on błądził rękami po mojej szyi a później po łopatkach, przeszyły mnie dreszcze. Szepnął mi do ucha sprośne słowa, po czym złapał za rękę i zaprowadził do mieszkania. Nie wiedziałam na co się godzę. 
Gdy wchodziłam poczułam swąd spalenizny, jakby ludzkiego ciała zmieszanego z potem i krwią. Nie zniechęciło mnie to, musiałam dostać towar, nie miałam kasy. Jedna noc z nieznajomym nie robi mi różnicy, jestem do tego przyzwyczajona. 
Ruszyliśmy do jego pokoju, był wymalowany na zielono. W mieszkaniu było tylko łóżko i szafa, i tak za dużo jak na ćpuna. Usiadłam spokojnie, nie dając po sobie poznać, że nie o to mi chodziło. Kilka minut później chłopak był już koło mnie. Wyciągnął ku mnie swoją dłoń, dotykając delikatnie policzka, zbliżył swoje usta do moich, po czym pocałował. Zdziwiło mnie to, gdyż całował nad zbyt delikatnie. Rozchyliłam wargi pod naciskiem jego ust, ręce wplątałam w jego włosy. Wtuliliśmy się w siebie. Siedziałam mu na kolanach, nie czułam aby przejmował inicjatywę, był oddany mnie, mogłam się nim bawić jak tylko chciałam.  Podniósł mnie na rękach i oparł o szafę, zaczął rozbierać, w pewnym momencie przestał, dał towar i kazał wyjść. Pośpiesznie się ubrałam. Nie wiedziałam o co chodzi. Dopiero przy wyjściu zauważyłam dobrze zbudowanego drugiego chłopaka. Zrozumiałam, że byli razem. 
Mając dwie działki mogłam zrobić sobie złoty strzał. Postanowiłam jednak wrócić do szpitala, do Artura. Po drodze zadzwonił mój telefon, to była Patrycja, chciała abym jak najszybciej wróciła do szpitala. Przyjechałam jak najprędzej. Patrycja z już większym brzuchem cała rozpromieniona stała na korytarzu, jednak jej wyraz twarzy był niespokojny. Podeszłam bliżej, pewnym krokiem: 
- Patrycja co się stało? Coś nie tak z dzieckiem? 
- Z dzieckiem wszystko w porządku - mówiła łamiącym się głosem, miała łzy  w oczach - To... tu... chodzi o... o Artura - nie mogła nic powiedzieć, gestem ręki wskazałam jej aby usiadła na krześle. 
- Co się stało Arturowi? Wybudził się, tak? Powiedz, że to prawda, że on żyje, że wszystko z nim w porządku. - Zaczęłam tracić wiarę, czemu ona była smutna? Dlaczego... . 
- Chciałabym, naprawdę bym chciała... ale nie mogę, nie chcę cię okłamywać, Magda przykro mi... - nie musiała kończyć, wiedziałam co miała zamiar powiedzieć. Całe życie stanęło mi w oczach, wszystkie chwile spędzone z Arturem, każdy pocałunek, każdą noc. - Magda... Artur... Artur nie żyje... przykro mi - z jej oczu popłynęły łzy. 
Nic nie słyszałam, czułam się jakby oderwano mi ważną dla mnie część ciała, rękę lub nogę. "To nie tak miało być, nie tak. On nadal żyje, to tylko sen, zły sen" - myślałam. Od razu udałam się do Artura, leżał w łóżku, wyglądał jakby spał, tak to był sen tylko że żelazny z którego już nigdy się nie wybudzi. Pogładziłam jego twarz, jego czarne kręcone włosy, nie czułam jak łza jedna za drugą delikatnie spływały mi z mych policzek, kapiąc na jego dłoń. Ostatni pocałunek, pomyślałam, Ostatni. Przyłożyłam swoje usta do jego, Były zimne, krew już nie przepływała. Postanowiłam, że nie mogę tego tak zostawić. Wybiegłam. Udałam się do Grześka. Idąc nic nie widziałam, ogarnęła mną nienawiść do niego, odebrał mi najważniejszą dla mnie osobę, musiał tego pożałować. Gdy weszłam do sali, Grzesiek spał. Odłączyłam od niego wszystkie maszyny, zaczął się dusić, wybiegłam. Słyszałam za sobą krzyki, wyzwiska, nie mogłam tego znieść, nie mogłam już cierpieć. Zamknęłam się w sali, gdzie leżał Artur, to miał być koniec, definitywny koniec.  Wyciągnęłam strzykawkę, łyżeczkę, towar i zapalniczkę. Jeżeli miałam umrzeć, to tylko przy nim. Przed władowaniem w kanał, napisałam list : 
" Nigdy.... nigdy nie próbujcie tej trucizny. To ona spowoduje, że stracicie swoich najbliższych... że zostaniecie sami jak palec na tym wielkim świecie. Ta samotność was zabije... zabije tak jak mnie... " 
Ostatni raz wzięłam głębokich wdech powietrza. Władowałam raz za razem, śmiercionośną dawkę, już nic nie miało prawa mnie uratować. Resztkami sił wdrapałam się na łóżko Artura, ułożyłam się koło niego. Słyszałam szum krwi w swoich uszach, szybkie i krótkie bicie mojego serca. Męczyłam się, raz przestawało bić a raz znów zaczynało bić. Wbijam sobie paznokcie w żyły aby przyśpieszyć proces umierania. Czuje tylko ból, nic innego, miłość do Artura jest już na drugim świecie, gdzie jest lepiej. Skręciłam się z bólu, który zżerał mnie od środka, zaczerpnęłam świeżego powietrza... moje serce już nie bije. Biło dla kogoś, kogo już nie ma.... . 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Statystyka

Moi narkomanie :)